Lato w teatrze
Teatr Bagatela
edycja 2013

 

Idea projektu

Lato w teatrze w Bagateli

Prowadzący warsztaty

Patroni medialni i sponsorzy

Strona główna

 

Blog:

16 lipca

 

Nagranie w studiu Teatru Bagatela

Zdjęcia z dni 15 i 16 lipca można zobaczyć tutaj.

 

...

 

Zza lewej kulisy powolnym krokiem wyłania się mężczyzna. Na jego twarzy rysuje się powaga i pewność siebie. W lewej ręce trzyma laskę, która może symbolizować podeszły wiek, władzę lub jedno i drugie. Zatrzymuje się mniej więcej w połowie sceny.

MĘŻCZYZNA: Abantaha… hakuna maruk.

Pauza

MĘŻCZYZNA: Abantaha hakuna!

Uderza laską o ziemię.

"Efekt motyla" to gra uczuć, gestów i dźwięków. Młodzi aktorzy kilkakrotnie ćwiczą tę samą scenę, ponieważ znajomość tekstu nie wystarczy, by oddać jej sens. W ich twarzach i ruchach muszą odbijać się konkretne emocje.
Wychodzą na patio, żeby przećwiczyć kwestie, popracować nad mimiką, odetchnąć. Pod nieobecność grupy dziennikarskiej, parodiują wywiady, by rozładować napięcie.
W czasie, gdy reżyser wraz z aktorami pracuje nad konkretnymi scenami, Małgorzata Haduch układa choreografię, Ula Czernicka tworzy choreografię, grupa muzyczna nagrywa dźwięki, a dziennikarze zwiedzają telewizje Kraków.
Trzeba się sprężać... do premiery już tylko 4 dni.

Anna Zganiacz

 

Nie tylko jedno życie

Rozmowa z Dariuszem Starczewskim, aktorem i reżyserem, pomysłodawcą spektaklu "Efekt Motyla".

Patrycja Mitera: Czy w dzisiejszym teatrze nadal obowiązuję podział na emploi? Jeśli tak, to jakby Pan scharakteryzował siebie: komik, tragik, amant, aktor charakterystyczny?

Dariusz Starczewski: Nie sądzę, żeby teraz taki podział występował. Myślę, że już nie, że właściwie w tej chwili się to wszystko bardzo przemieszało, no a ja właśnie jestem dowodem na to, że się przemieszało (śmiech). Wydaje mi się, że to, co jest we mnie komiczne wspiera to, co jest tragiczne. Bez dobrego dystansu i poczucia humoru, moim zdaniem nie ma szans na dobre granie dramatyczne.

Czy kiedykolwiek zdarzyło się, że jakaś rola wpłynęła na Pańskie życie?

Nie, chociaż myślę, że są takie role, w których szczególnie się przeglądamy. Mam okazję grać rolę Eddiego w spektaklu "Układ" i to jest taka rola, która rzeczywiście dotyka bardzo istotnych problemów i moich osobistych przemyśleń. Była szczególnie ważna dla mnie bo dotyka mojej prywatności, rymuje się z pewnymi wątkami autobiograficznymi. To są właśnie takie momenty, w których rola jest czymś więcej niż tylko zadaniem aktorskim, bo w pełniejszy sposób zrasta się z człowiekiem, który to gra. Wtedy to jest coś więcej niż granie...

A dlaczego nie gra Pan w serialach czy filmach?

W serialach nie gram, dlatego, że te "tasiemcowe propozycje" mnie po prostu nie interesują. Gdyby to były seriale bardzo dobre, takie jak czasami widzę w BBC czy w HBO, takie które mają pewien zamknięty cykl kilkunastu odcinków i są bardzo dobrze zrobione to nie miałbym nic przeciwko. No ale wtedy mówilibyśmy, że to są po prostu filmy tylko rozpisane na kilka odcinków! A czemu nie gram w filmach? Jakoś tak się złożyło, że ja niespecjalnie zabiegałem o castingi, reżyserzy filmowi nie jeżdżą po teatrach, nie oglądają aktorów, nie próbują odkryć kogoś nowego. Może to dlatego. Może to jest odpowiedź. Oczywiście, czuję żal, zresztą nie tylko ja, wielu młodych i dojrzałych aktorów czuje go także, bo gdyby tylko dostało szansę, mogłoby grać dużo lepiej niż ich zbyt często eksploatowani koledzy.

Jest taki film "Dwa tygodnie na miłość". Czy dwa tygodnie wystarcza na stworzenie dobrego, profesjonalnego spektaklu właściwie od zera?

Nieee... (śmiech). To jest za mało, myślę, że to jest czas wystarczający, żeby pewne rzeczy posprawdzać, zrobić taki szkic przedstawienia, ale dwa tygodnie to jest zdecydowanie za mało na zrobienie spektaklu.

Jak Pan myśli, czym jest dziś dla nas teatr?

Ja mogę odpowiedzieć tylko na pytanie, czym teatr jest dla mnie. Dla mnie jest czymś, co mnie nie nudzi, miejscem, z którego nadal z pasją wyruszam w podróż za każdym razem, kiedy się pojawia jakieś nowe wyzwanie. Robię teatr, jestem całym sobą, intensywnie w teatrze kilkanaście godzin każdego dnia i kocham to po prostu. Wydaję mi się, że teatr może się stać czymś, co uratuje nie tylko jedno życie. Ale… nie przesadzałbym z jego misyjnym funkcjonowaniem. Po prostu czasem jest to zwyczajnie rozrywka, zabawa. Idziemy wspólnie w jakąś krainę fantazji, dostarczamy ją widzowi. Teatr dzieje się, zdarza zawsze między widzem a nami, artystami. Póki są ludzie, którzy chcą oglądać teatr, to teatr jest na pewno potrzebny. Jak braknie jednych lub drugich to można się zastanowić, czy coś się stało, gdzie popełniono błąd. Ale przetrwał tysiące lat, więc myślę, że przetrwa dalej.

Taniec niedokończony

Rozmowa z Małgorzatą Haduch, tancerką i choreografką projektu "Efekt motyla"

Patrycja Mitera: Jak znalazła się Pani w Holandii?

Małgorzata Haduch: Chciałam studiować taniec, a w czasie, kiedy podejmowałam decyzję, co do swojej przyszłości, w Polsce wówczas nie było żadnej wyższej uczelni, która oferowałaby edukacje choreograficzno-taneczną. Zdecydowałam się więc na wyjazd do Holandii, aby studiować w szkole teatralnej na wydziale choreograficznym.

Czyli istnieją szkoły choreograficzne tak jak istnieją szkoły reżyserii?

Oczywiście, i jest ich już bardzo dużo! Na przykład w Amsterdamie, w Brukseli czy w Berlinie istnieją i ciągle rozwijają się bardzo silne ośrodki edukacji taneczno-choreograficznej. Trzeba jednak rozróżnić edukację choreografa, a edukację tancerza, bo tak naprawdę są to dwie różne kariery zawodowe.

To czym one się różnią?

Tancerz po prostu szkoli swoje ciało, żeby znać jak najwięcej technik tanecznych i możliwości ich wykorzystania w dalszych spektaklach, w których będzie brał udział. Natomiast choreograf jest jak reżyser, odpowiada za spektakl, który tworzy, wymyśla i go prowadzi.

Czyli można powiedzieć, że choreograf to umysł kierujący ciałem tancerza?

Tak, można, jedynie trzeba zauważyć, że nie możemy tej relacji określać jako czarno-białą, że choreograf wymyśla ruch lub scenę a tancerz to po prostu wykonuje, ponieważ istnieje proces twórczy polegający na wydobywaniu przez choreografa pomysłów od swoich tancerzy, wspólne tworzenie etiud, wkomponowywanie ich w całość choreografii.

Skąd wzięła się u Pani fascynacja techniką flying low i David'em Zambrano?

Poznałam go w Holandii i nigdy nie miałam okazji u niego studiować. Później po szkole pojawiły się jakieś warsztaty i raz na rok jeździłam do niego na tydzień "tu", tydzień "tam". Powoli przerodziło się to w artystyczną fascynacje, choćby ze względu na to, że David Zambrano proponuje rewolucję w tańcu, a jak to bywa z każdą rewolucją: nie wiadomo, że jest rewolucją póki nie minie trochę lat i nie obrośnie własnymi historiami i legendami. Fascynuję się tą techniką ze względu na to, że filozofia ruchu Davida Zambrano jest jak filozofia sztuk walki. Daje mi coś więcej niż tylko formę poruszania się w przestrzeni. Rozwija mój umysł, moją duszę, uczy mnie o wiele głębszej ekspresji. Jest oczywiście wiele innych metod zgłębiania swoich umiejętności, ale w tym momencie jestem tej metodzie oddana całkowicie. Ostatnie trzy lata poświęcałam wyłącznie na pracę z tym mistrzem i ukoronowaniem tej mojej fascynacji będzie miesięczny projekt we wrześniu w Łodzi, podczas którego David Zambrano poprowadzi warsztaty z dziesięcioma tancerzami z Polski.

Jak zrodził się pomysł na stworzenie grupy Unfinished Company i co jest jej celem?

Unifinished Company to moja grupa, mój kolektyw. Powstała w 2006 roku. Był wtedy taki trend w Holadnii, gdzie jeszcze wtedy studiowałam, że kiedy ma się "swój kolektyw" (takie to było wówczas modne słowo!), to artysta czuje się ważniejszy, bo reprezentuje nie tylko siebie, reprezentuje - kolektyw. Zaczęłam się zajmować moimi pierwszymi eksperymentami z muzyką i tańcem improwizowanym, współpracowałam z fotografami i filmowcami i aby wszystkie te działania zebrać pod jakiś parasol, pod jakiś wspólny szyld wymyśliłam nazwę: "Unfinished Company".

Unfinished Company w wolnym tłumaczeniu to Niedokończona Kompania.

Po pierwsze fajnie to brzmiało, po drugie odpowiadało rzeczywistości, bo każdy występ był przygotowywany z nowymi ludźmi, którzy nie należeli do mojego zespołu. Ale za każdym razem było to Unfinished Company! W każdym projekcie do zespołu mogli przychodzić nowi artyści, zawsze mieliśmy dla nich otwarte drzwi. Bo zespół nie był raz na zawsze zdefiniowany, tylko "niedokończony". Potem Unfinished Company przerodziło się w mojej koncepcji artystycznej na "Free the Dance", który powstał rok temu i który w tym momencie jest platformą, która troszkę zdominowała działalność Unfinished Company.

Według Pani, czym może być taniec w teatrze?

Taniec w teatrze jest uzupełnieniem pracy aktorów nad słowem. Jest to włożenie w ich ciało ducha postaci lub wykorzystanie swojego ciała do wykreowania postaci. Jest to także ruch sceniczny, czyli zagospodarowanie przestrzeni w sztuce teatralnej, powiedzenie, gdzie skąd, kiedy i kto przychodzi. Dlaczego w taki sposób, a nie inny? I to fascynuje mnie najbardziej! Ruch sceniczny w teatrze, to najprościej mówiąc - kompozycja przestrzeni.

 


^ do góry